Lifestreaming

Serwisy lifestreamingowe z założenia mają agregować wszystkie informacje o osobie, o jej działaniach w sieci. Każde blipnięcie, dodane zdjęcie na Flickr, film na YouTune, czy też nowy wpis na blogu ma z założenia lądować w takim agregatorze i być dostępne dla innych.

“Jeden, by wszystkie zgromadzić (…)” (J.R.R Tolkien)

Początkowo idea mi się spodobała. Wszystko w jednym miejscu, pełna kontrola, ale… te serwisy są martwe. Wpisy są zasysane, pojawiają się w moim profilu, ale poza tym nic się nie dzieje. Serwis typu “założ konto, skonfiguruj i zapomnij”. Tak np. jest z polskim serwisem Dashboard. Podobnie jest z serwisami zagranicznymi.

Trochę inne podejście prezentuje m.in. Flaker. Tutaj mamy już możliwość interakcji z innymi, możemy komentować ich wpisy, oznaczać je jako “fajne”. Można to uznać za próbę ożywienia agregatora, ale… jak dla mnie pomysł ma dwie wady (i nie dotyczy to tylko Flakera, ale również innych podobnych serwisów np. Onaswarm)

  1. Dublowanie dyskusji - można dyskutować np. pod wpisem na blogu, zostawić komcie pod zdjęciem na Flickrze etc. no i oczywiście w serwisie lifestreamingowym. Podobny zarzut jest stawiany serwisom Diggopodonym. (Gdzieś nawet pojawiło się określenie, że serwisy te kradną komentarze - niestety nie pamiętam gdzie)
  2. Wyrywanie elementów z ich “naturalnego środowiska”. Np. zdjęcia na Flickr często są umieszczane jako część większych całości. Zdjęcie umieszczone na określonej grupie z odpowiednim opisem, komentarzem nabiera innego znaczenia. W agregatorze ląduje samo zdjęcie, jest umieszczone w całkiem innym kontekście, przez co odbiorca nie może nie zrozumieć intencji autora.

Mikrocelebryci

Obejrzałem niedawno prezentację Kuby Filipowskiego i Adama Zygadlewicza dotyczącą mikrocelebrytów. (Mam wrażenie, że chłopaki z Netguru, są osobami, które najczęściej używają tego terminu w Polsce).

Kim jest mikrocelebryta? To osoba, która cieszy się dużą popularnością w niewielkiej grupie. To tak w skrócie.

Prezentację oglądałem po przeczytaniu tekstu, o którym pisałem wcześniej. Problem, który mnie ostatnio trapi dotyczy wpływu jaki mogą mieć mikrocelebryci (”ludzie huby”) na innych.

Oglądając prezentację miałem wrażenie, że Kuba i Adam starają się przekonać, że mikrocelebryci mają duży wpływ na innych. Stawiają równocześnie znak pomiędzy popularnością, a wpływem. To z kolei stoi w sprzeczności z badaniami Wattsa. Wydaje mi się, że chłopaki z Netguru próbują znaleźć prostą receptę na coś, co wcale proste nie jest: Wystarczy znaleźć mikrocelebrytę, nakłonić go żeby napisał dobrze o naszym produkcie, albo umieścił reklamę na swoim blogu i gotowe. Osiągamy sukces, niewielkim kosztem. Marzenie każdego marketera. Zresztą jeden z serwisów Netguru - Flaker ma temu służyć. Ma pomóc w odnalezieniu mikrocelebrytów.

Na ten problem zwróciła również uwagę lavinka w jednym z komentarzy na blogu Yashke. Kuba po części przyznał jej rację w kolejnym komentarzu, ale mam wrażenie, że sądzi, że ten wpływ jest znaczny.

Stoję po przeciwnej stronie barykady. Owszem, mikrocelebryci mogą mieć wpływ na innych. Mniejszy lub większy. Nie sądzę jednak, aby to było takie proste, jak sugeruje Kuba i Adam. Wszystko jest wypadkową wielu czynników. Ponadto nie potrafimy jeszcze zidentyfikować wszystkich czynników. Watts idzie nawet dalej ponieważ uważa, że wykorzystywanie wpływowych ludzi, w celu osiągnięcia sukcesu jest skazane na porażkę:

(…)last year, Watts demonstrated that even the breakout success of a hot new pop band might be nearly random. Any attempt to engineer success through Influentials, he argues, is almost certainly doomed to failure.

Interia i Gazeta.pl wiedzą jak i kiedy się reklamować

interia.png

Updejt (21:47, 29.02.2008): Interia chyba zrezygnowała już z tej formy reklamy. Ich linki sponsorowane nie pojawiają się już podczas wyszukiwania nazwisk.

“ciekawe” wpisy czyli jak sobie radzić z zalewem informacji

Marcin wzywa, więc kilka słów o tym jak ja to robię ;)

Ponad rok temu miałem zasubskrybowanych około 600 feedów. Zmniejszyłem tą liczbę do około 350, co i tak okazało się przegięciem. I od niedawna mam ich około 160 (razem z feedami komentarzy). Tak więc jest to stosunkowo mało (w porównaniu z 600) ;)

Podczas ostatniego czyszczenia skorzystałem z metody, którą zaproponował mi Arek Hajduk.

Jednak nie byłem tak radykalny :) W każdym razie drastycznie ograniczyłem ilość feedów, dorzuciłem sobie kilka feedów z del.icio.us, te które mnie interesują oraz Techmeme i Digg. Do tego trochę polskich i zagranicznych blogów, na których wiem, że znajdę “ciekawe” wpisy oraz źródła newsów.

Kolejnym krokiem jest pogrupowanie feedów. Tak więc mam grupę feedów o charakterze newsowym - te feedy przeglądam w pierwszej kolejności, tytuły tylko skanuje. Jak znajdę coś ciekawego to się zagłębiam w treść. Kolejny podział jak zastosowałem to feedy, które:

  • muszę przeczytać - to feedy głównie z blogów, które po prostu muszę przeczytać i to jak najszybciej, bo są tam zawsze ciekawe informacje, ważne albo po prostu lubię czytać wpisy danego blogera/blogerki. Tych feedów jest najmniej, zaledwie kilkanaście
  • powinienem - podobnie jak wyżej, ale te feedy mają mniejszy priorytet. Jest ich już trochę więcej. Nie skanuję, tylko zaglądam w treść. Jeżeli wpis mnie zainteresuje to kontynuuję czytanie, jeżeli nie, to kończę lekturę.
  • i takie, które mogą sobie poleżeć - czytam je wtedy, gdy nie mam już nic innego do czytania. Tutaj stosuję również metodę skanowania tytułów i czytam tylko to co mnie zainteresuje.

Powyższe nie gwarantuje tego, że niczego “ważnego” nie przeoczę, ale przynajmniej sypiam dobrze ;)

W każdym razie kluczowe w tym wszystkim jest to nie ile czytamy, ale co. Ale tutaj to już chyba każdy sam musi dokonać wyboru. Nie jestem jednak przekonany do “automatów”, które same filtrują, rekomendują treść. Wolę aby ciekawe linki polecała mi osoba, która ma podobne do moich zainteresowania.

“Ludzie - huby”

Ciekawy artykuł Is the Tipping Point Toast?, opisujący badania związane z “wpływowymi” osobami, trendsetterami. Nad tym w jaki sposób rozprzestrzeniają się informacje, czy można w jakiś sposób określić “moment krytyczny”, w którym nowy produkt (marka, informacja) z mało znanego, niszowego stanie się nowym trendem w modzie, muzyce etc.

W artykule dużo mówi się o badaniach Wattsa, z których wynika, że “ludzie-huby”, którzy mają dużo połączeń bezpośrednich z innymi wcale nie gwarantują tego, że informacja szybko dotrze do wielu osób. Czasami może być odwrotnie.

Watts powtórzył również badania Milgrama. Tym razem na dużo większą skalę (61 tysięcy osób). Efekt: potwierdzenie faktu, że nadal średnio sześć “połączeń” dzieli nas od innej osoby. “Ludzie-huby” nie mają tak dużego znaczenia, jak mogłoby się wydawać. W badaniach Wattsa, tylko 5% wszystkich wiadomości przeszło przez takie osoby.

Watts swoimi badaniami rozwiewa marzenia marketerów, którzy sądzą, że wystarczy znaleźć kilka wpływowych osób, aby zapoczątkować nowy trend. To nie działa w ten sposób. Sukces zależy od wielu czynników. Nie ma gotowej recepty na łatwe i szybkie wykreowanie nowego trendu. Watts wręcz twierdzi, że dużo zależy od przypadku. Można jednak zwiększyć swoje szanse. Działania marketingowe muszą być wtedy skierowane do większych grup.